Z zainteresowaniem sięgnąłem po reportaż Swietłany Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010), w którym w latach 1978 - 2004 zebrała wojenne wspomnienia wielu weteranek Armii Czerwonej walczących w czasie II wojny światowej. Moje zainteresowanie było tym silniejsze, że przeczytałem i usłyszałem na temat tej książki wystarczająco wiele, by zakładać, że niczym mnie nie zaskoczy. Myliłem się.
Zaskoczenie pojawiło się bardzo szybko. Z recenzji książki wyciągnąłem wniosek, iż jest ona zbiorem wspomnień "kobiecych", w których przyjmuje się punkt widzenia jednostki, nie ucieka od emocji, omawia je, operuje szczegółem. Miały one być opozycyjne wobec "męskiego" postrzegania wojny: pozbawionego emocji, skoncentrowanego na faktach, preferującego mówienie o zbiorowościach (dywizjach, armiach, narodach), a nie jednostkach. Tymczasem czytając opowieści zebrane przez Aleksijewicz odnosiłem wrażenie, że niewiele różnią się wobec tych snutych przez mężczyzn. Owszem, znajdują się w nich wątki przez mężczyzn nie poruszane ("kobiece" problemy w warunkach frontowych, relacje damsko-męskie w oddziałach wojskowych, społeczne nastawienie wobec weteranek wracających do domów po wojnie), lecz jest także szereg podobieństw, w których na plan pierwszy wybija się wojna postrzegana jako wydarzenie traumatyczne. Wspomnienia męskie i kobiece są pod tym względem praktycznie identyczne. Kontrastują one natomiast nie tyle z "męską" wizją wojny, ile raczej z tradycyjną historiografią wojenną traktującą wojnę, jako działanie, w którym podmiotami są państwa i ich instytucje, a nie ludzie. Taki sposób przedstawiania konfliktów zbrojnych rzeczywiście abstrahował od emocji i ujmował je w zasadzie jako prostokąty i strzałki na mapach sztabowych, ewentualnie statystyki strat i trofeów. Jednakże od co najmniej trzydziestu lat wyraźny jest w badaniach historycznych inny nurt - dostrzegający jednostki, doceniający ich doświadczenia, zwracający uwagę na ludzkie losy kryjące się za znaczkami na mapach. Książka Aleksijewicz ma z nim bardzo wiele wspólnego. Podobnie jak ona traktuje historię przede wszystkim jako zapis losów ludzi, a nie mas i pod tym względem rzeczywiście kontrastuje z praktykowanym przez dziesięciolecia radzieckim podejściem do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej kładącym nacisk na ideologiczny i państwowy charakter tego wydarzenia. Wspomnienia kobiet, w znacznej mierze niezgodne z tym kanonem były przezeń odrzucane. Aleksijewicz przywraca im wartość.
Jednakże nie jest to jedyny powód zaskoczenia dostarczonego mi przez tę książkę. Czytając ją uświadamiałem sobie, jak bardzo polskie postrzeganie II wojny światowej różni się od (post)radzieckiego. Nawet w samym nazewnictwie. Dla nas wojna III Rzeszy z ZSRR jest częścią II wojny światowej. Dla wypowiadających się w dokumencie weteranek II wojna nie istnieje. Jest tylko Wielka Wojna Ojczyźniana rozpoczęta napaścią hitlerowców i zakończona zatknięciem na Reichstagu czerwonego sztandaru. Jest to zatem obraz ukształtowany przez radziecką propagandę i tak mocno wpojony, że nawet te z rozmówczyń Aleksijewicz, które wyrażały otwarcie niechęć do Stalina i stalinizmu z pełnym zaufaniem powtarzają hasła o wyzwoleńczej roli Armii Czerwonej przywracającej światu pokój. To pokazuje, jak pamięć wojny 1941 - 45 nadal tworzy rosyjską tożsamość zbiorową i jak naiwne są rojenia polskich polityków domagających się od rosyjskich przywódców pokajania za współpracę ZSRR z Hitlerem. Nawet jeśli któryś z nich byłby skłonny to uczynić, przypuszczalnie polityczna cena takiego kroku byłaby bardzo wysoka.
To przywiązanie do obrazu wykreowanego przez radziecką propagandę współistnieje w wypowiedziach weteranek z zupełnie nie propagandowymi wypowiedziami na temat realiów wojny i relacji system stalinowski - obywatele. Bardzo wyraźnie widać, jak bezwzględnie i okrutnie prowadzili wojnę przywódcy ZSRR. Wiadomo o tym nie od dziś. O NKWD strzelającym do wycofujących się żołnierzy. O żołnierzach posyłanych do walki bez broni. O taktyce spalonej ziemi. O uznaniu jeńców za wrogów ludu. Jednak rozmówczynie Aleksijewicz opowiadają jeszcze więcej. Mówią o podstawowym obowiązku sanitariuszek, jakim było przyniesienie z pola walki broni, a nie rannego. O wielomilionowej armii opieranej przez praczki piorące w rękach i bez mydła. O weteranach żyjących po wojnie w nędzy i na śmietnikach szukających środków do przeżycia. O wojennych inwalidach żebrzących na ulicach i pozbawionych rent i innych form wsparcia. O dzieciach traktowanych w szkole jak zdrajcy, ponieważ miały nieszczęście żyć pod okupacją niemiecką.
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety pokazuje nie tyle kobiecą wizję wojny, ile fenomen rosyjskiego (albo post-radzieckiego) spojrzenia na wojnę z III Rzeszą. Z jednej strony traktuje ono Zwycięstwo jako dobro narodowe, jako sukces wszystkich "ludzi radzieckich" osiągnięty nie dzięki, ale pomimo Stalina i jego polityki. Z drugiej strony ukształtowane jest przez stalinowskie slogany o pokoju i wolności niesionych przez Armię Czerwoną kierowaną przez genialnego Stalina. Z trzeciej zaś - tkwi w nim pamięć potwornych strat poniesionych w imię tego Zwycięstwa.