Chciałbym aby było zawsze
 Oceń wpis
   

Prowadzenie bloga parentingowego to chyba jedno z najbardziej ulubionych zajęć współczesnych polskich rodziców. Sam pomysł nie jest nowy (jak na internetowe warunki). Szlaki przecierał przed ponad 10 laty tata Bazylka opisujący swoje przygody wychowawcze i cytujący co trafniejsze wyrażenia synka. Zdobył tym niemałą popularność i wydał swoje zapiski w formie kilku książeczek.

Jednak, z całym szacunkiem dla Taty Bazylka, jego blog był żałośnie anachroniczny. Zero zdjęć, historyjki nawiązujące stylistyką do satyry w krótkich spodenkach drukowanej przed laty w „Kobiecie i Życiu”, niewiele informacji odnośnie prywatnego życia autora, a na dodatek całkowity brak recenzji produktów i usług przeznaczonych dla dzieci bądź ich rodziców. Amatorszczyzna. Dzisiejsze blogi parentingowe to inny świat i inna jakość. Multum zdjęć, gęste opisy życia codziennego, a co więcej, prezentacje produktów dziecięcych. Czyli przyjemne łączy się z pożytecznym: nie tylko można wyżyć się publicystycznie i literacko, ale również przy okazji coś dostać od producentów, o ile blog ma odpowiednią oglądalność.

Przyznam, że blogi parentingowe zacząłem obserwować z dużym zainteresowaniem, jednak dość szybko zrezygnowałem z tego zajęcia, solennie sobie przyrzekając, że nigdy nie podejmę się prowadzenia czegoś podobnego, choć moje szanse na bycie autorem takiego bloga są spore: potrafię pisać, mam dostęp do internetu, jestem ojcem, a do tego mam kilkuletnie doświadczenie w prowadzeniu blogów. Jednak, o ile forma bloga o Bazylku jest mi dość bliska, o tyle współczesne to dla mnie zupełnie obca bajka.

Dlaczego? Przede wszystkim z powodu ochrony prywatności. Relacje rodzic – dziecko są bardzo intymne i osobiste. Trudno jest o nich pisać i upubliczniać to. Wiadomo, często różne sytuacje mogą nabrać potencjału anegdotki powtarzanej (ku utrapieniu dzieci) przez długie lata, ale ogólnie rzecz ujmując, trudno jest pisać w internecie o swoich relacjach z dzieckiem, przyjmując, że praktycznie każdy może to przeczytać. Wymaga to pewnej dozy ekshibicjonizmu, której nie posiadam.

Jest też inna sprawa, nie ukrywam, że dużo ważniejsza. Otóż w pełni zgadzam się ze z Januszem Korczakiem, który powiedział, że nie ma dzieci, lecz są ludzie, tyle że z innym bagażem doświadczeń i wiedzy. Jeśli patrzę na sprawę blogów parentingowych właśnie z perspektywy tej sentencji, to ogarniają mnie wątpliwości odnośnie ochrony prywatności ludzi w tym blogu opisanych (nie będących jego autorami). Skoro uznajemy, że prawo do jej ochrony jest jednym z podstawowych praw człowieka, to jak usprawiedliwić tak częste publikowanie w internecie zdjęć swojego dziecka? A do tego część z nich jest robiona w sytuacjach kłopotliwych – na nocniku, podczas mycia czy po upaćkaniu się jedzeniem. Dla wielu dorosłych tego typu fotki są po prostu słodkie, ale w takiej ocenie jest brak konsekwencji, bo czy każdy z nas uznałby za słodkie zdjęcia siebie samego na klozecie opublikowane w internecie przez naszych rodziców?. W tym właśnie problem – autorzy blogów parentingowych zbyt łatwo przechodzą nad kwestią ochrony prywatności swojego dziecka traktując ją podobnie do prywatności swojego psa, kota, czy gekona: jest moje, więc opublikuję fotkę.

I dlatego ja nie zamierzam prowadzić bloga parentingowego. Z szacunku dla prywatności własnej i mojego dziecka.

 
Pretekst 2014-07-17 08:50
 Oceń wpis
   

Janusz Korwin-Mikke od zawsze lubił szokować i zaskakiwać. Od ponad 20 lat przysłuchuję się temu, co i w jaki sposób wypowiada i choć nie zawsze ma to sens, to zawsze jest wypowiedziane tak, by nie pozostawić słuchacza obojętnym.

We wczorajszym wystąpieniu w Parlamencie Europejskim użył tej samej metody. Gdy nawoływał do zniesienia płacy minimalnej  i zniszczenia siły związków zawodowych, stwierdził, że w USA po wprowadzeniu wynagrodzenia minimalnego 4 miliony osób straciły pracę – cztery miliony ludzi straciły pracę. Cóż, były to cztery miliony czarnuchów, ale teraz mamy 20 milionów Europejczyków, którzy są Murzynami Europy (w oryginale: And four millions humans lost jobs. Well, it was four million niggers, but now we have 20 millions Europeans, who are the Negroes of Europe.)

No i się zaczęło. Nie wiem, czemu użył tego obraźliwego słowa nigger, skoro najwyraźniej (jak to zresztą wynika z tej wypowiedzi) dostrzega różnicę między nigger a Negroe. Może rzeczywiście nie lubi kolorowych, albo tylko chciał być kontrowersyjny.

Problem w tym, że wypowiadając się w taki sposób dał pretekst do zignorowania meritum swojej wypowiedzi i skupienia całej uwagi na tym mało istotnym detalu. Bo o ile użycie słowa nigger jest zjawiskiem obyczajowym i językowym, o tyle płaca minimalna i wpływy związków zawodowych to kwestie polityczno – ekonomiczne wymagające poważnego omówienia. Korwin-Mikke od dawna nie ukrywa, że uważa je za elementy socjalistyczne blokujące gospodarkę i nie jest w tym odosobniony. Rzeczywiście, rola związków zawodowych budzi zastrzeżenia, zwłaszcza w kontekście bezrobocia wśród najmłodszych pracowników nie korzystających z ochrony tych organizacji.

O tym trzeba dyskutować i trzeba postawić jasno ten problem zwłaszcza przed europejską lewicą, która jak lew broni związkowców stanowiących ich istotne wsparcie podczas wyborów (w końcu już ponad stulecie temu Lenin nazywał związki pasem transmisyjnym łączącym Partię z masami). Tyle że nawołując do tego nie można jednocześnie dawać pretekstu do przemilczenia sprawy i skoncentrowania się na niggers. Bo europejska lewica wykorzysta każdy pretekst, by jak ognia unikać kwestii dla siebie trudnych. A nazywanie „rasistą” to jej najwygodniejszy sposób zamykania przeciwnikom ust. Szkoda więc, że Korwin-Mikke dał taki pretekst.

 
Sumienie 2014-07-11 08:18
 Oceń wpis
   

Dyskusja nad decyzjami prof. Chazana, jaka obecnie trwa w mediach jest bardzo wymownym obrazkiem pokazującym, że w kwestii świeckości państwa Polska przeżywa poważny kryzys. W przypadkach niektórych obrońców profesora (np. z „Naszego Dziennika”) ten regres jest bardzo głęboki, bo sięga mniej więcej epoki wojny trzydziestoletniej.

Nie przeczę, że katolicyzm w Polsce ma bardzo poważną rolę kulturową – niezależnie od wyznania czy stosunku do religii, jako uczestnicy kultury polskiej jesteśmy w dużym stopniu ukształtowani przez katolicyzm – choćby tylko dotyczyło to sfery obyczajowej. To zapewne sprawia, że prof. Chazan może w swoich działaniach liczyć na pewne poparcie społeczne jako rzekomy obrońca Prawdziwej Wiary i jej miejsca w życiu publicznym.

Absurd sytuacji, w której łamiący prawo dyrektor szpitala motywuje swoje decyzje religijną wolnością sumienia łatwiej jest chyba zobaczyć na przykładach analogicznych. Wyobraźmy sobie dwa publiczne szpitale ginekologiczne. Jednym kieruje dyrektor będący członkiem zgromadzenia świadków Jehowy. Drugim – prawowierny muzułmanin. Obaj podpisali deklaracje sumienia lekarzy swoich wyznań, nie kryją intensywności wiary religijnej i udzielają się w organizacjach wyznaniowych, oczekując, że państwo i społeczeństwo uszanuje ich wybory moralne. Jak dotąd wszystko w porządku. Jednak obaj doktorzy chcą realizować swoje zapatrywania religijne także w praktyce lekarskiej. Pierwszy z nich odmawia przeprowadzania transfuzji krwi, gdyż jest to sprzeczne z doktryną religijną jego wyznania i zgoda na nie wywołałaby u niego konflikt sumienia. Drugi – również uzasadniając swoje decyzje kwestiami sumienia – zgłasza na policję wszystkie przypadki ciąż pozamałżeńskich jako będących efektem cudzołóstwa i wymagających ścigania z urzędu. W momencie, gdy wskazuje się bezprawność tych działań obaj zgodnie odpowiadają, że nie mogą łamać praw Boskich, a swoje odwołanie ze stanowiska traktują jako przejaw dyskryminacji lekarzy ze względu na wiarę religijną.

Absurd tych sytuacji jest ewidentny. Profesor Chazan niczym nie różni się w swoich postawach od tych hipotetycznych lekarzy. Jedyne, co sprawia, że traktuje się go poważnie jest kościół, do jakiego należy. Świadków Jehowy można lekceważyć jako marginalne wyznanie. Muzułmanów też,  bo mimo że mogą być bardzo wojowniczy, w Polsce nie mamy ich wielu. Ale kościół katolicki lekceważony być nie może, toteż jego wierni mogą liczyć na to, że wolność ich sumienia będzie wystarczającym argumentem uzasadniającym łamanie prawa. Czy to nie tak rozpoczyna się fundamentalizm?

 
7 goli 2014-07-09 23:51
 Oceń wpis
   

Skala porażki piłkarskiej reprezentacji Brazylii robi niemałe wrażenie. Cóż, trudno było przewidzieć, że ekipa od lat utrzymująca się w światowej czołówce i mająca ambicje mistrzowskie, tak łatwo ulegnie równorzędnemu rywalowi. Dla Brazylijczyków musi być to szok, ale, jak stwierdził mój kolega, dzięki temu mogą się wreszcie poczuć jak Polacy.

Zacząłem zatem zastanawiać się, jak brazylijscy komentatorzy i eksperci futbolowi mogliby tłumaczyć wtorkowy wynik korzystając ze standardowych wyjaśnień polskich kolegów po fachu wypowiadających się na temat kolejnych porażek polskich piłkarzy. Przyszło mi do głowy 7 takich usprawiedliwień a la Polonaise:

1. Brazylia grała osłabiona. Brak dwóch kluczowych zawodników z pierwszego składu nie wróżył niczego dobrego i w tej sytuacji nie można było wygrać. Tym bardziej na pochwałę zasługuje samo nawiązanie równorzędnej walki z przeciwnikiem tak trudnym, jak Niemcy.

2. Brazylia grała pod presją. Media niesłusznie wmówiły kibicom, że drużyna jest niepokonana i może sięgnąć po tytuł mistrzowski. Te nieuzasadnione oczekiwania fanów były presją oddziałującą na piłkarzy, którzy w pewnym momencie nie byli w stanie jej udźwignąć i załamali się psychicznie. W efekcie publiczność w Belo Horizonte nie była 12. graczem drużyny brazylijskiej, lecz - paradoksalnie - jej przeciwników.

3. W tych niesprzyjających warunkach Brazylijczycy zagrali ambitnie i ofensywnie. Nie bronili bramki czekając na rzuty karne, lecz stanęli do otwartej walki. Niestety skuteczność nie była zgodna z oczekiwaniami, co przełożyło się na tak wysoką przegraną. Lecz dzięki temu widzowie obejrzeli półtorej godziny doskonałego futbolu w wykonaniu obu drużyn.

4. Wynik nie oddaje przebiegu meczu. Niemcy mieli więcej szczęścia, Brazylijczyków prześladował pech. Sprawiedliwym wynikiem byłby remis, ewentualnie ze słabym wskazaniem na Niemców. Jednak reguły są jakie są i nic na to nie poradzimy.

5. Niemcy zagrali słabo - schematycznie i bez polotu. Wygrali niezasłużenie, wykorzystując osłabienie drużyny brazylijskiej. Ale, jak powiedział Gary Lineker, piłka nożna to taka gra, w której 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy. Cóż poradzić?

6. Niemcy... Jacy Niemcy? Drużyna złożona z piłkarzy z różnych stron świata ściągniętych lukratywnymi kontraktami. Klose, Oezil czy Khedira jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie mieliby tu miejsca, więc sukces jest nie tyle zasługa niemieckiego sportu, ile polityki nadawania obywatelstwa.

A gdyby te wyjaśnienia nie pomogły, zawsze zostaje:

7. Nic się nie stało! Brazylio, nic się nie stało!!

 
Kontestacja 2014-06-29 16:43
 Oceń wpis
   

Właśnie kończy się sesja egzaminacyjna. Czas, w którym nie tylko oceniam studentów, ale także dowiaduję się czegoś o nich. I przy okazji o sobie samym, czy raczej o swojej cierpliwości.

Dziś zdarzyło mi się egzaminować studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Kierunek humanistyczny, stosowane nauki społeczne, ludzie albo piszący licencjaty, albo już na studiach magisterskich (czyli już z wykształceniem wyższym). Egzamin ustny, na stole leżą karteczki z pytaniami do losowania. Jedno z nich, dotyczące młodzieżowej kontestacji, stało się prawdziwą brzytwą. Nie z powodu jakiejś tajemnej wiedzy, jakiej dotyczyło, ale okropnie trudnego słowa, jakie się w nim znalazło.
Słowem tym jest:

Kontestacja

Na sześciu studentów pięciu nie rozumiało go. Ostatniej, szóstej studentce wydawało się, że je rozumie (jak się okazało - słusznie). Czyli - znajomość wyrazów obcych ułatwia życie podczas egzaminu, dziewczyna na starcie już miała premię.
Dla wszystkich studentów kończących sesje piosenka z dedykacją - Kontestacja Big Cyca. W razie czego można skorzystać ze słownika wyrazów obcych.

 
Wolnośc słowa 2014-06-24 07:53
 Oceń wpis
   

Jak informuje Wprost, polski minister spraw zagranicznych nie jest zadowolony ze stosunków polsko – amerykańskich. Twierdzi wręcz, że jesteśmy w nich stroną pasywną, której rola sprowadza się do pieszczot oralnych. Z kolei (to znów enuncjacje Wprost) prezes NBP wraz z ministrem spraw wewnętrznych dyskutują nad związkiem między małym penisem a aktywnością publiczną wyprowadzając wniosek ze swych rozważań, iż mały penis skutkuje większą aktywnością. Ciekaw jestem, jakie wieści przeczytamy za dwa czy trzy dni, ale wygląda na to, że mamy do czynienia z osobliwą seksuologią polityczną rozwijającą się może w cieniu, ale niewątpliwie szeroko rozpropagowaną w sferach rządzących.

Jednak te ministerialne refleksje nie zaskakują głębią. Dla przykładu – do wniosków sformułowanych przez Radosława Sikorskiego Kazik doszedł już 10 lat temu i nie wywołało to skandalu. Pewnie dlatego, że używał dużo mniej wulgaryzmów (których przecież nie unika w swojej twórczości). Ale, czego by nie mówić, poziom intelektualny Kazika jest wyraźnie wyższy od średniej polskich polityków, więc trudno mieć pretensje, że jego ekscelencja minister rzuca mięsem jak doświadczony knajak. Sorry, takie mamy elity.

O ile poziom wypowiedzi przedstawicieli rządu i instytucji centralnych jest wyjątkowo żenujący, o tyle fakt zamieszczania tych wypowiedzi w mediach jest już żenadą do kwadratu. Oczywiście, Sylwester Latkowski i jego współpracownicy lubią opowiadać o tym, jak w ten sposób pielęgnują wolność słowa. Taka argumentacja jest jednak chybiona równie mocno, jak tłumaczenie sprzedaży marihuany pod szkołami dążeniem do krzewienia wolności wyboru. Ujawnianie nielegalnie tworzonych nagrań z rozmów prywatnych (nawet osób publicznych) nie ma nic wspólnego z wolnością słowa i nie trzeba specjalnie rozwiniętej inteligencji, by to zrozumieć. Jest to natomiast wyjątkowo perfidny sposób destrukcji sfery publicznej i pokazania, że nie ma w niej żadnych reguł, nawet jeśli pozornie o ich szanowanie się apeluje.

Pisząc o destrukcji nie mam na myśli wyłącznie politycznego kotła, który publikacja wspomnianych nagrań otworzyła, ale dalsze konsekwencje.

Na przykład prawne. Przypuszczam, że już niebawem zostaną podjęte próby ustawowego zapobieżenia takim sytuacjom. Zapewne nie da się zmienić prawa prasowego, bo to wiązałoby się z narażeniem na ataki ze strony mediów, które są głęboko przeświadczone o tym, że mogą pisać wszystko, co im się podoba, bez ponoszenia za to odpowiedzialności (w końcu to jest dla nich wolność słowa). Zatem zmiany zrobi się gdzie indziej. Być może wprowadzi przepisy o specjalnej odpowiedzialności pracowników lokali gastronomicznych w zakresie ochrony prywatności. Lub narzuci właścicielom restauracji obowiązek stosowania zabezpieczeń przeciwpodsłuchowych. Wykonywanych, rzecz jasna, przez licencjonowane firmy prowadzone przez byłych przedstawicieli służb specjalnych. A już na pewno stworzy w strukturach tych służb komórkę odpowiedzialną za podsłuchy knajpiane i, kto wie, czy w przyszłości nie staną się one istotnym źródłem materiału operacyjnego? Fakt jest jednak bezsporny – za tego typu sytuacje zapłacą wszyscy. Czy pieniędzmi, czy ograniczeniami swobód obywatelskich. Władza (niezależnie od tego, jaka partia będzie ją sprawować) nie pozwoli bowiem na powtórzenie tego typu afery i zrobi wszystko, aby ryzyko ograniczyć do minimum. I za to zapłacimy wszyscy, bo będzie to oznaczać kolejne regulacje nakładane na całe społeczeństwo. A jeśli ktoś poczuje się tym poszkodowany, niech napisze skargę do Sylwestra Latkowskiego na adres Wprost. Czy tam, gdzie ten pismak będzie wówczas pracować.

 
Etnografia do kieszeni 2014-05-05 08:00
 Oceń wpis
   

Przed kilkoma dniami w warszawskiej Cafe Chełmska wpadł w moje ręce rozdawany za darmo, niepozorny zeszycik w brązowej okładce zatytułowany Etnografia do kieszeni numer 3. Nie wiedziałem, co się za tym kryje, ale zaryzykowałem. Okazało się, że słusznie.

Etnografia do kieszeni to cykl wydawniczy stworzony przez Stowarzyszenie Pracownia Etnograficzna, w którym przedstawia się szerszej publiczności prace etnograficzne młodych badaczy, często dopiero stawiających pierwsze kroki na polu naukowym. W numerze, który trafił w moje ręce są trzy artykuły dotyczące Warszawy: Agata Mirosz pisze o napływających po wojnie do Warszawy ludziach z prowincji, Katarzyna Kuzko - Zwierz o początkach "praskiego MDM-u" czyli Placu Hallera wraz z przyległościami, a Olga Rembielińska o "karnawale Solidarności", czyli okresie wrzesień 1980 - grudzień 1981 wspominanym przez ówczesnych młodych działaczy NSZZ "Solidarność" i NZS.

Teksty są naprawdę interesujące, choć można zastanawiać się nad zasadnością połączenia pierwszych dwóch, zdecydowanie "warszawskich", z trzecim, w którym o Warszawie jest bardzo mało. Wszystkie stworzono w bardzo podobny sposób, ich podstawą są wywiady z osobami, które przeżyły konkretne wydarzenia i teraz, po latach, dzielą się swoimi wspomnieniami. Czyli typowa metoda etnograficzna.

Nie ukrywam, że najbardziej zainteresowały mnie pierwsze dwa artykuły. O historii Warszawy lubię czytać i zawsze miło dowiedzieć się czegoś nowego czy to o "powojennych słoikach" czy to o osobach zasiedlających socjalistyczne bloki przy dawnym Placu Leńskiego. Na przykład, w tych pierwszych uderzające jest widoczne w wywiadach przeświadczenie o niespotykanym osobistym awansie wynikającym z przeniesienia się do Warszawy i znalezienia w niej własnego miejsca. W cytowanych fragmentach wywiadów ta duma jest bardzo wyraźna. Do tego stopnia, że niedogodności wynikające z życia w dużym, zrujnowanym i odbudowywanym mieście są minimalizowane i przedstawiane jako mało istotne w porównaniu z osobistymi czy zawodowymi korzyściami. Nawet teraz, kiedy rozmówcy Agaty Mirosz są już ludźmi starszymi, nadal czują się bardzo silnie związani ze stolicą i nie odczuwają nostalgii za prowincją - krainą swojego dzieciństwa i wczesnej młodości.

Z kolei do Placu Hallera (dawniej Leńskiego) mam stosunek osobisty, ponieważ, gdy mieszkałem na Pradze, często tam chodziłem z rodzicami na zakupy, przy Dąbrowszczaków leczyłem się w dziecięcej przychodni specjalistycznej, a przy Brechta meldowałem co roku w Wojskowej Komendzie Uzupełnień prowadząc długie i rzeczowe rozmowy ze starszym sierżantem Ptasińskim Józefem. Dlatego chętnie poczytałem o genezie tego miejsca, które do tej pory jest tak socrealistyczne w formie, że dziwię się, jak można było znaleźć mu nowego, postkomunistycznego patrona w postaci prawicowego generała. Mnie ten plac zawsze będzie się kojarzyć z socjalizmem. Zresztą, tak miało być. Jak pisze Agata Kuzko - Zwierz, osiedle Praga II (którego plac jest centrum) miało być miejscem realizacji zasad socrealistycznego budownictwa miejskiego. Czymś analogicznym do Placu Konstytucji, które nie tylko w sposób materialny urzeczywistnia ideologię socjalistyczną, ale także symboliczny (patroni ulic) czy społeczny (dobór ludzi zasiedlających nowe budynki). Przy tej ostatniej kwestii warto wspomnieć o ciekawostce - osiedle to stało się domem dla około setki Hiszpanów, weteranów wojny domowej, którzy wraz z rodzinami przyjechali do Warszawy na zaproszenie władz PRL.

Ciekaw jestem, co znajdzie się w czwartym numerze Etnografii.

 

Etnografia do kieszeni Stowarzyszenie "Pracownia etnograficzna" im. Witolda Dynowskiego, Warszawa 2013

 
Zając na gruszy 2014-04-23 23:29
 Oceń wpis
   

Dziesięciolecie obecności Polski w Unii Europejskiej zostało uczczone wyprodukowaniem okolicznościowego filmiku sławiącego to historyczne wydarzenie. Filmiku wprawdzie drogiego (jak wieść niesie, kosztował 7 milionów złotych), ale za to kłamliwego i żenującego. Pokazuje w telegraficznym skrócie Polskę przed wstąpieniem do UE i po nim. Ten schemat, wyjątkowo prosty w przekazie, został już wielokrotnie przećwiczony w reklamach proszków do prania, past do zębów i środków do czyszczenia toalet. Szkoda, że zleceniobiorcy Funduszy Europejskich nie wymyślili czegoś bardziej oryginalnego, ale być może chcieli, by ich łopatologiczny przekaz dotarł nawet do najdurniejszych matołów.

Polska „przed” jest niczym brudne skarpety: przaśna i odpychająca. Zaludniona przez mamroczące gobliny o cwanych pyskach i chytrych oczkach handlujące byle badziewiem na obskurnych targowiskach i jeżdżące kiepskimi samochodami. Polska „po” (a może „PO”?) to skarpety wyprane – czyste, pachnące i olśniewające. Po wspaniałych drogach i mostach w zawrotnym tempie śmigają eleganckie samochody, szklane biurowce wspinają się hen, między chmury, a Stadion Narodowy rozświetlają tysiące lamp. W dodatku po zamachaniu Gwiaździstym Sztandarkiem życie w Polsce zmienia się w nieustającą zabawę: koncerty, fajerwerki, imprezy sportowe, pokazy żonglerki. A i Polacy są inni. Teraz to światowcy i Europejczycy. Ładnie ubrani i uśmiechnięci. Aż McCartney się wzruszył.

Jest prawda czasu i prawda ekranu, stwierdza jeden z Barejowskich bohaterów i to powinno stać się głównym przesłaniem tego spotu. Prawda ekranu jest oczywista jak opowieść kolonizatora – dziki kraj i dzicy ludzie zostali ucywilizowani przez potęgę, która zdecydowała się roztoczyć nad nimi swoją opiekę. Niebieska flaga, niczym czarodziejska różdżka zmienia gobliny w pięknych, młodych ludzi, a obleśne targowisko w nowoczesny stadion. Logika kolonialna w czystej postaci, Kipling powinien śmiać się zza grobu.

Jednak prawda czasu wydaje się dużo bardziej skomplikowana. Czego byśmy o latach 90. nie powiedzieli, to były one nie tylko (jak na obecne standardy) zgrzebne, ale to właśnie wtedy powstawała współczesna polska gospodarka. Nie muszą się one nam podobać, ale to w nich tkwimy, jako kraj, korzeniami. I kiedy fetujemy 10-lecie obecności w UE, powinniśmy pamiętać o wysiłku milionów Polaków wrzuconych w roku 1990 w zupełnie nowy system ekonomiczny, w którym musieli sobie poradzić. Starali się, wychodziło im różnie, ale dało to efekty. Wyśmiewanie ich teraz jest co najmniej niesprawiedliwe – tak, jakby człowiek z awansu wstydził się mało eleganckich manier swoich rodziców. Może jednak warto okazać im trochę szacunku, choćby tak, jak zrobił to Kazik ponad 20 lat temu?

Ale prawda ekranu nie rozmija się tylko z prawdą o latach 90., ale także tą o współczesności. Trudno jest wmówić Polakom AD 2014, że żyją w cudownym kraju i że 10 lat temu definitywnie dokonał się przełom plasujący nas w gronie państw – szczęściarzy, które mają przed sobą wyłącznie świetlane perspektywy. Tak kolorowo nie jest i zamiast urządzać numerologiczny jubel czas porozmawiać o przyszłości. Bo Unia to nie tylko bogacze, Unia to także Grecja, Hiszpania i Portugalia. Niebieski sztandar ich nie ochronił.

Problem w tym, że to prawda czasu, a nie prawda ekranu, a w filmie chodzi wszak wyłącznie o tę drugą.

To ja poproszę przebitkę zająca na gruszy.

 
Wywiad ambasadora 2014-04-17 23:14
 Oceń wpis
   

Przed kilkoma dniami w serwisie Money.pl ukazał się interesujący wywiad ze Stanisławem Cioskiem - byłym ambasadorem RP w Moskwie, ekspertem politycznym w relacjach z Rosją. W rozmowie z Andrzejem Zwolińskim zapewne miał nadzieję pokazać przyczyny obecnej polityki Moskwy wobec Ukrainy, jednak cały wywiad robi wrażenie mocno niespójnego i wewnętrznie sprzecznego.

Gdzie widzę tę sprzeczność? Otóż w całej opowieści o Rosji, jaką snuje Ciosek. Opowieść ta w poszczególnych fragmentach jest zapewne prawdziwa, ale nie składają się one w jakąś ciągłą narrację. Punktem wyjścia jest sytuacja po rozpadzie ZSRR, kiedy to Zachód nie przedstawił Rosjanom żadnej propozycji uczestnictwa w budowaniu nowego ładu światowego uwzględniającego także ich euroazjatyckie państwo - Kwestia Rosji pozostawała nierozstrzygnięta przez setki lat. U schyłku Związku Radzieckiego, gdy pojawił się Gorbaczow, później Jelcyn i za wczesnego Putina, była szansa sensownego poukładania czy dopasowania dwóch części kontynentu. Niestety zabrakło wyobraźni i chęci by to zrobić. Dlatego też ambasador interpretuje ukraińską kampanię Putina jako kryzys obliczony nie na pokonanie Kijowa, ale zasygnalizowanie reszcie świata, że nie zamierza milczeć i chce mieć głos w dyskusji nad nowym globalnym ładem. Jednocześnie, zdaniem Cioska, jeśli zachód zechce uczciwie i po partnersku traktować Rosjan, kryzys ukraiński może być szybko zażegnany.

OK, to brzmi logicznie, czytajmy dalej.

Dalej pojawia się stwierdzenie o demograficznej i ekonomicznej zapaści Rosji. Rzeczywiście, tak pod jednym, jak i drugim względem kraj ten stoi dość słabo (na marginesie - ile wynosi średnia oczekiwana długość życia mężczyzny urodzonego obecnie w Rosji? Około 60 lat. Mniej więcej o 15 lat mniej, niż w Polsce) i Ciosek tego nie neguje - Załamanie się demografii, brak własnych innowacyjnych pomysłów na gospodarkę i trzymanie się kurczowo surowców, których ceny są bardzo zmienne, to powody, że Rosja ma bardzo mętne perspektywy przed sobą.

To też wygląda przekonująco

Kolej teraz na problematykę cywilizacyjną (Huntington górą!). Okazuje się, że rosyjska tożsamość jest praktycznie nie do pogodzenia z wartościami zachodnimi, które Rosjanie uznają za gorsze i mniej atrakcyjne od tych płynących z tradycji bizantyjsko - cerkiewno - ruskiej - Niestety wielu nie zdaje sobie sprawy z tego, że Rosjanie mają poczucie odrębności swojej cywilizacji. Zachód mówi im - przyjmijcie nasze wartości, a oni na to - z czym do gości! Władimir Putin wyraźnie powiedział w swoim ostatnim orędziu, że rosyjskie wartości są lepsze. Poczynając od literatury przez siłę militarną po prawosławie. Oni podkreślają swoją wyższość nad zgniłym Zachodem. Niestety w tym obszarze z Rosjanami nie dojdziemy szybko do porozumienia.

Nic dodać, nic ująć.

Takie zatem mamy przesłanki: Putin chce powrotu do globalnej gry politycznej, jego państwo demograficznie i ekonomicznie jest słabe, zaś panująca w nim ideologia wyraża zdecydowaną awersję do idei zachodnich. Jaki więc wniosek? Jest szansa [porozumienia] tylko w obszarze ekonomicznym i finansowym - stwierdza ambasador, a ja mam kłopoty z połączeniem przesłanek i wniosku w całość. Jakie miałyby być te porozumienia ekonomiczne oparte na założeniu o równorzędności partnerów, skoro, jak Ciosek sam zauważył, gospodarczo Rosja nie ma do zaproponowania niczego poza surowcami? Ambasadorowi zapewne przyświecała chęć wykazania, że Moskwa nie jest tak straszna, jak pokazują ją media i że da się z nią zawrzeć sensowne i stabilne porozumienie. Przykro mi, ale ten wywiad przekonał mnie, że jest raczej odwrotnie.

 
Umieranie bez sensu 2014-04-03 10:47
 Oceń wpis
   

Wydarzenia na Ukrainie dały polskiej prasie prawicowej okazję do dywagacji pod zbiorczym tytułem: Czy współcześni Polacy potrafią umierać za ojczyznę? Stoi za tym milczące założenie, że Zło, które obudziło się na Wschodzie prędzej czy później sięgnie po nasz kraj. A wtedy scenariusz jest prosty – trzeba się liczyć z umieraniem za ojczyznę i pytanie o to, czy Polacy są do tego obecnie zdolni wydaje się zasadne.

Mnie jednak wydaje się po prostu głupie. George'owi Pattonowi, generałowi z wielu powodów bliskiemu prawicowym i konserwatywnym sercom, przypisuje się sentencję: Celem wojny nie jest śmierć za ojczyznę, ale sprawienie, aby tamci skurwiele umierali za swoją. Jest ona mało cenzuralna, ale bardzo trafna i szkoda, że w naszych realiach tak często się o niej zapomina. Zamiast pytać o umieranie za ojczyznę, powinniśmy zapytać, jakie mamy szanse, by pozabijać maksymalnie wielu sk...ieli, którzy nas zaatakują, bo tylko takie spojrzenie na sprawę pozwala myśleć o zwycięstwie. Każde inne jest milczącym pogodzeniem się z porażką.

Samo myślenie o umieraniu za ojczyznę jest zresztą zadziwiającym polskim atawizmem. Wojny nie ma (i pewnie nie będzie), wróg w granice nie wkracza, ale Polacy już zastanawiają się nad tym, jak dulce et decorum. Co więcej, gdy ktoś nie chce umierać, często spotyka się z dezaprobatą – jak to, Polak i krwi przelewać nie chce?! Gdzież jego patriotyzm?! Kilkakrotnie spotkałem się z takimi zarzutami, gdy w internetowych dyskusjach protestowałem przeciw utożsamianiu patriotyzmu z postawami nekrolubnymi. Polskie myślenie prawicowe niestety nie widzi innego modelu postaw patriotycznych. Wystarczy spytać tych hurrapatriotów skłonnych do oddawania życia o to, jak wygląda ich płacenie podatków, czy zdarzało im „dogadywać” się z policjantami drogówki, albo czy nie wyłudzają świadczeń od ZUS. Wówczas ich ton momentalnie się zmienia i okazuje się, że wprawdzie Polska jest ich Ojczyzną, ale obecne państwo traktują jako esbecką okupację i nie zamierzają jej w żadnym razie wspierać (w domyśle: kantujemy państwo tak, jak się da i mamy bardzo dobre moralne uzasadnienie tego procederu). Skoro tak, to jak traktować ich deklaracje o chęci oddania życia? Jak umrzeć śmiercią bohatera na polu bitwy nie utożsamiając się zarazem z aparatem walczącego państwa?

Dochodzimy do paradoksu: dla współczesnych polskich prawicowych patriotów obca okupacja jest błogosławieństwem. Tylko wtedy można oddać życie za Ojczyznę dystansując się jednocześnie wobec państwa.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |


Najnowsze komentarze
 
2014-07-15 23:49
d`Annunzio do wpisu:
Sumienie
Fobie? Nie pisałem o nich. Była za to mowa o obsesjach.
 
2014-07-15 15:09
Redż do wpisu:
Sumienie
Zaś ja nie widzę w Polsce problemu jakiegokolwiek innego fundamentalizmu (poza islamskim, już w[...]
 
2014-07-14 09:43
d`Annunzio do wpisu:
Sumienie
Uderz w stół, a antyislamskie obsesje się odezwą. Nie widzę, by w Polsce problemem był islamski[...]
 
2014-07-14 09:36
d`Annunzio do wpisu:
Wolnośc słowa
Może i na Węgrzech ciężar gatunkowy afery był mniejszy, ale i tak ludzie wyszli na ulice. W[...]
 
2014-07-12 13:06
innuendos do wpisu:
Sumienie
http://nowahistoria.interia.pl/ksiazka-do-historii/news-z-listy-oprawcow-igor-andrejew-julia-br[...]
 
2014-07-11 14:02
Redż do wpisu:
Sumienie
Bhawo, bhawo PO i Pani Phezydent, że ratują nas od fundamentalizmu! Właśnie widzimy, jak bardzo[...]
 
2014-07-11 11:58
Redż do wpisu:
Wolnośc słowa
Jak na razie, to kolejne afery (po tej Guyrcsany'ego z 2006r., która zasłużenie zmiotła jego[...]
 
2014-07-10 19:46
d`Annunzio do wpisu:
Wolnośc słowa
Zdecydowanie nie może być tu mowy o stuprocentowej pewności. Ale to specyfika społeczeństwa, że[...]
 
2014-07-10 15:16
Redż do wpisu:
Wolnośc słowa
Na pewno. Ale 'łatwiej' i 'w większości' nie są określeniami całkowicie wykluczającymi[...]
 
2014-07-09 23:25
d`Annunzio do wpisu:
Wolnośc słowa
Pod tym względem jestem optymistą jeśli chodzi o masarzy, a pesymistą w przypadku polityków i[...]
 




Kategorie Bloga
 
Ogólne
 



Moje linki