Chciałbym aby było zawsze
Imigracji! 2012-03-14 18:30
 Oceń wpis
   

 

Jeśli nic nie stanęło na przeszkodzie, to zapewne właśnie w tym momencie rozpoczyna się w Warszawie zorganizowana przez  Prawo i Sprawiedliwość manifestacja przeciwko projektom wydłużenia wieku emerytalnego. Od kilku tygodni jest to impreza mocno reklamowana i chyba Jarosław Kaczyński chciałby wywołać falę protestów podobną do styczniowej, gdy wielu Polaków manifestowało przeciwko ACTA.

Czy plany te się ziszczą, czy nie - czas pokaże. Mnie bardziej zastanawia meritum całego sporu. Jak wiadomo nie od dziś, PiS jest twardym przeciwnikiem przesuwania wieku emerytalnego. Dzielnie sekunduje mu w tym NSZZ "Solidarność" od dłuższego już czasu prowadząca kampanię, w której pokazuje Polakom dramatyczny obrazek sędziwego, zgrzybiałego sportowca czołgającego się do ławki z liczbą "67" i zalegającego na niej w stanie totalnego wyczerpania. Nie wiem, na ile ten obrazek odpowiada rzeczywistości - trudno mówić o 67-latkach jako o stetryczałych starcach, w końcu sam Prezes Kaczyński dobiega do tego wieku a jest wcale dziarskim dżentelmenem w średnim wieku - w każdym razie ta wizja mocno przemawia do wyobraźni. Nikt nie chciałby przykładać ręki do zamęczania staruszków pracą.

Problem jednak jest następujący: co zrobić w sytuacji, gdy polskie społeczeństwo staje się systematycznie coraz starsze, zaś liczebność najmłodszej kategorii pracowników maleje? Jeśli przesuwanie wieku emerytalnego jest tak niehumanitarne, to co można zaproponować w zamian? Prawo i Sprawiedliwość ma pomysł: "więcej dzieci!". Jeśli stworzymy korzystne warunki, to Polacy chętniej będą decydować się na posiadanie dziecka, co w perspektywie 20 - 30 lat powinno odwrócić obecny trend demograficzny. Brzmi ładnie, pytanie tylko, co oznaczają te "korzystne warunki". Zwłaszcza, że jeśli wierzyć tygodnikowi "Wprost", ponad 50% młodych Polaków nie chce mieć dzieci. Po prostu. W ich planach życiowych nie ma miejsca na trudności związane z rodzeniem, wychowywaniem, karmieniem i opieraniem małych berbeci. Jak bardzo atrakcyjne muszą być warunki życiowe, by skłonić ich do zmiany zdania? Czy chodzi tu tylko o kwestie materialne, czy też normatywne? Nie jest łatwo odpowiedzieć na te pytania, wygląda jednak na to, że o zwiększaniu  dzietności w Polsce mówią obecnie, poza księżmi, panowie w średnim wieku, nierzadko nie mający żadnych doświadczeń rodzicielskich. Nie wróży to dobrze całej akcji.

Zatem powraca pytanie: skoro nie późniejszy wiek emerytalny, to co w zamian? Myślę, że rozwiązanie jest jedno: masowa imigracja do Polski młodych ludzi z krajów o wysokim przyroście naturalnym. Skoro my się starzejemy, a nie chcemy pracować dłużej, to być może zarobią na nas młodzi pracownicy z Egiptu, Libii, Iranu, Pakistanu czy Indii. W tych krajach z pewnością da się rocznie znaleźć kilkaset tysięcy ludzi w wieku produkcyjnym chętnych do pracy w Polsce, kraju z ich punktu widzenia zachodnim, zamożnym i stabilnym. Co więcej, jeśli by im stworzyć dogodne warunki bytowe, jestem pewien, że chętnie założyliby u nas rodziny i przyczynili się do zwiększenia dzietności, co w perspektywie kilkunastu lat pozwoliłoby na ograniczenie czy wręcz wstrzymanie akcji werbunku pracowników za granicą. System emerytalny byłby uratowany, wiek emerytalny utrzymany, a dzieci by się rodziły. I wilk syty i owca cała. Czy wobec tego Jarosław Kaczyński zaintonuje dziś skandowanie hasła I-MI-GRACJI! I-MI-GRACJI! ?

Mam nadzieję, czekam z niecierpliwością.


 

PS. Ma małą prośbę do Czytelników. Poniżej zamieszczam link do krótkiej ankiety.

http://www.ankietka.pl/ankieta/80900/spotkania-kulinarne-ankieta.html

Jeśli mogą Państwo poświęcić jej około 5 minut, będę bardzo wdzięczny

 
wojna kobiet 2012-02-17 14:44
 Oceń wpis
   

Z zainteresowaniem sięgnąłem po reportaż Swietłany Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010), w którym w latach 1978 - 2004 zebrała wojenne wspomnienia wielu weteranek Armii Czerwonej walczących w czasie II wojny światowej. Moje zainteresowanie było tym silniejsze, że przeczytałem i usłyszałem na temat tej książki wystarczająco wiele, by zakładać, że niczym mnie nie zaskoczy. Myliłem się.


Zaskoczenie pojawiło się bardzo szybko. Z recenzji książki wyciągnąłem wniosek, iż jest ona zbiorem wspomnień "kobiecych", w których przyjmuje się punkt widzenia jednostki, nie ucieka od emocji, omawia je, operuje szczegółem. Miały one być opozycyjne wobec "męskiego" postrzegania wojny: pozbawionego emocji, skoncentrowanego na faktach, preferującego mówienie o zbiorowościach (dywizjach, armiach, narodach), a nie jednostkach. Tymczasem czytając opowieści zebrane przez Aleksijewicz odnosiłem wrażenie, że niewiele różnią się wobec tych snutych przez mężczyzn. Owszem, znajdują się w nich wątki przez mężczyzn nie poruszane ("kobiece" problemy w warunkach frontowych, relacje damsko-męskie w oddziałach wojskowych, społeczne nastawienie wobec weteranek wracających do domów po wojnie), lecz jest także szereg podobieństw, w których na plan pierwszy wybija się wojna postrzegana jako wydarzenie traumatyczne. Wspomnienia męskie i kobiece są pod tym względem praktycznie identyczne. Kontrastują one natomiast nie tyle z "męską" wizją wojny, ile raczej z tradycyjną historiografią wojenną traktującą wojnę, jako działanie, w którym podmiotami są państwa i ich instytucje, a nie ludzie. Taki sposób przedstawiania konfliktów zbrojnych rzeczywiście abstrahował od emocji i ujmował je w zasadzie jako prostokąty i strzałki na mapach sztabowych, ewentualnie statystyki strat i trofeów. Jednakże od co najmniej trzydziestu lat wyraźny jest w badaniach historycznych inny nurt - dostrzegający jednostki, doceniający ich doświadczenia, zwracający uwagę na ludzkie losy kryjące się za znaczkami na mapach. Książka Aleksijewicz ma z nim bardzo wiele wspólnego. Podobnie jak ona traktuje historię przede wszystkim jako zapis losów ludzi, a nie mas i pod tym względem rzeczywiście kontrastuje z praktykowanym przez dziesięciolecia radzieckim podejściem do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej kładącym nacisk na ideologiczny i państwowy charakter tego wydarzenia. Wspomnienia kobiet, w znacznej mierze niezgodne z tym kanonem były przezeń odrzucane. Aleksijewicz przywraca im wartość.


Jednakże nie jest to jedyny powód zaskoczenia dostarczonego mi przez tę książkę. Czytając ją uświadamiałem sobie, jak bardzo polskie postrzeganie II wojny światowej różni się od (post)radzieckiego. Nawet w samym nazewnictwie. Dla nas wojna III Rzeszy z ZSRR jest częścią II wojny światowej. Dla wypowiadających się w dokumencie weteranek II wojna nie istnieje. Jest tylko Wielka Wojna Ojczyźniana rozpoczęta napaścią hitlerowców i zakończona zatknięciem na Reichstagu czerwonego sztandaru. Jest to zatem obraz ukształtowany przez radziecką propagandę i tak mocno wpojony, że nawet te z rozmówczyń Aleksijewicz, które wyrażały otwarcie niechęć do Stalina i stalinizmu z pełnym zaufaniem powtarzają hasła o wyzwoleńczej roli Armii Czerwonej przywracającej światu pokój. To pokazuje, jak pamięć wojny 1941 - 45 nadal tworzy rosyjską tożsamość zbiorową i jak naiwne są rojenia polskich polityków domagających się od rosyjskich przywódców pokajania za współpracę ZSRR z Hitlerem. Nawet jeśli któryś z nich byłby skłonny to uczynić, przypuszczalnie polityczna cena takiego kroku byłaby bardzo wysoka.


To przywiązanie do obrazu wykreowanego przez radziecką propagandę współistnieje w wypowiedziach weteranek z zupełnie nie propagandowymi wypowiedziami na temat realiów wojny i relacji system stalinowski - obywatele. Bardzo wyraźnie widać, jak bezwzględnie i okrutnie prowadzili wojnę przywódcy ZSRR. Wiadomo o tym nie od dziś. O NKWD strzelającym do wycofujących się żołnierzy. O żołnierzach posyłanych do walki bez broni. O taktyce spalonej ziemi. O uznaniu jeńców za wrogów ludu. Jednak rozmówczynie Aleksijewicz opowiadają jeszcze więcej. Mówią o podstawowym obowiązku sanitariuszek, jakim było przyniesienie z pola walki broni, a nie rannego. O wielomilionowej armii opieranej przez praczki piorące w rękach i bez mydła. O weteranach żyjących po wojnie w nędzy i na śmietnikach szukających środków do przeżycia. O wojennych inwalidach żebrzących na ulicach i pozbawionych rent i innych form wsparcia. O dzieciach traktowanych w szkole jak zdrajcy, ponieważ miały nieszczęście żyć pod okupacją niemiecką.


Wojna nie ma w sobie nic z kobiety pokazuje nie tyle kobiecą wizję wojny, ile fenomen rosyjskiego (albo post-radzieckiego) spojrzenia na wojnę z III Rzeszą. Z jednej strony traktuje ono Zwycięstwo jako dobro narodowe, jako sukces wszystkich "ludzi radzieckich" osiągnięty nie dzięki, ale pomimo Stalina i jego polityki. Z drugiej strony ukształtowane jest przez stalinowskie slogany o pokoju i wolności niesionych przez Armię Czerwoną kierowaną przez genialnego Stalina. Z trzeciej zaś - tkwi w nim pamięć potwornych strat poniesionych w imię tego Zwycięstwa.

 
Kopiuj - wklej 2010-06-24 09:09
 Oceń wpis
   

   Egzaminy ustne, mimo głupstw, jakie można na nich usłyszeć od studentów, mają jednak dużą przewagę nad pracami zaliczeniowymi - od razu mogę stwierdzić, że wypowiedź jest samodzielna. W przypadku tekstów wymaga to więcej starań.

   Kopiowanie prac zaliczeniowych z internetu jest już prawdziwą plagą na wyższych uczelniach. I to nie chodzi tu wcale o szkoły prywatne, gdzie, jak mówi potoczna mądrość, ludzie idą tylko dla "papierka" i nie posiadają specjalnych kwalifikacji umysłowych umożliwiających im studia w państwowych szkołach wyższych. Teraz kopie z internetu stosują zarówno "prywatni", jak i "państwowi" i nie ma większych róznic między nimi pod tym względem. Pod innymi zresztą też nie. Nie sądzę, aby wynikało to z jakiegoś specjalnego zdemoralizowania, czy niechęci do samodzielnej pracy, ale jest to chyba już cechą pokoleniową. Ci młodzi ludzie od dzieciństwa obcują z internetem, już w szkole podstawowej nauczyciele nauczyli ich, ze wyższą ocenę dostają ci, którzy ściągnęli z internetu obszerny i ładnie zrobiony referat, a nie ci, którzy napisali niewiele, ale samodzielnie. Ta wiedza została podtrzymana w gimnazjum i liceum, maturę ustną zdaje się w wielu przypadkach dzięki tanim, kupionym w sieci gotowcom, których się nawet nie czyta, więc czemu tej strategii nie wykorzystać na studiach? Do tej pory przynosiła efekty.

   Może brzmi to pesymistycznie, ale niestety tak jest. Już jakiś czas temu przekonałem się, że gdy zadam studentom napisanie pracy zaliczeniowej wszystkie, albo prawie wszystkie będą ściągnięte z internetu. Oczywiście, to ściąganie przybiera różne formy. Stosunkowo rzadko zdarza się "zżynanie na żywca", gdzie całość tekstu jest fragmentem jakiejś strony internetowej, a pomysłowy autor nawet nie sprawdza, czy tekst nie jest pisany w liczbie mnogiej i czy rodzaj gramatyczny został zachowany. Kilkakrotnie dostawałem od studentów (mężczyzn) prace, w których czytałem zwroty typu "Postawiłyśmy tezę...", "Przeprowadziłyśmy badanie...", "Rozdałyśmy ankiety...". Takie przypadki zdarzają się jednak stosunkowo rzadko. Dużo częsciej stosuje się metodę kompilacyjną składając pracę - Frankensteina z materiałów skopiowanych z kilku stron internetowych, ewentualnie inkrustację - wklejone fragmenty obudowuje się własnymi zdaniami. Najrzadziej stosowaną (ale najsprytniejszą) metodą jest ściaganie z sieci, a następne delikatne modyfikowanie uzyskanego materiału - a to zamieni się jeden wyraz, a to wytnie fragment zdania, albo duże zdanie podzieli na dwa mniejsze. Wtedy delikwent złapany na gorącym uczynku zawsze może się tłumaczyć, że jego praca to parafraza przeczytanych w sieci materiałów. Sądy może nie są samodzielne, ale tekst - owszem.

   Zresztą ryzyko złapania jest małe, ponieważ duża część wykładowców albo nie czyta przekazywanych prac, albo czyta je pobieżnie, albo jest na tyle naiwna, że nie przyjmuje nawet, że tekst może być plagiatem. A nawet jesli taka wpadka nastąpi, to rzadko kiedy delikwentowi zdarza się krzywda.

   Ostatnio koleżanka, która prowadziła ćwiczenia do mojego wykładu złapała studentkę na ewidentnym plagiacie. Studentka przyznała się do niego tłumacząc dużą ilością zaliczeń w sesji (sic!). Jako prowadzący przedmiot uznałem, że dostaje ona ocenę niedostateczną z ćwiczeń, nie jest dopuszczona do egzaminu i musi występować o warunek. Jednak wmieszał się w sprawę kierownik Studium, na którym cała sprawa miała miejsce. Kierownik to osoba humanitarna i wie, że warunki są czymś bardzo przykrym dla studentów, więc należy im tego oszczędzić, bo w przeciwnym razie mogą miec kłopoty z ukończeniem studiów. Kierownik to osoba praktyczna i wie, że jeśli zniechęci jedną studentkę, to nie tylko nie zapłaci ona za następny semestr (studia są płatne), ale może zniechęcić potencjalnych kandydatów, którzy nie zgłoszą się na studia. Więc zadecydował, że dziewczę nie może dostać z ćwiczeń więcej niż ocenę dostateczną, a do egzaminu przystapi tak jak inni. Czyli osiągnie to, co chciała.

   Przypuszczam zatem, że dzięki takim humanitarnym i praktycznym decyzjom metoda kopiuj - wklej stanie się obowiązującą na uczelniach wyższych. W końcu jeśli nie grożą za ną żadne sankcje, to czemu sobie nie ułatwić życia?

 
Październik 1956 2010-06-17 16:34
 Oceń wpis
   

   Na początek małe pytanie: co się wydarzyło w Polsce w październiku 1956 roku? Nie jest to pytanie podchwytliwe, nie kryją się za nim żadne intencje, lecz jedynie wątpliwość: czy wiedza na temat tego momentu w polskiej historii XX wieku jest rzadko spotykana i mało kto coś na ten temat wie, czy po prostu miałem nieszczęście spotkać mało zorientowanych ludzi.

   Skąd ta niepewność? Stąd, że przed dwoma dniami miałem okazję egzaminować na Uniwersytecie Warszawskim studentkę z historii Polski XX wieku. Pani przyszła, a jakże, wyznała, że bardzo nie lubi zdawać egzaminów ustnych i woli pisać referaty, a następnie dostała pytanie. To, które Szanowni Czytelnicy już znają: "Co się wydarzyło w Polsce w październiku 1956?". Na pytanie nie odpowiedziała. Zaczęła natomiast dużo mówić na temat "PRL w moich wspomnieniach". Trochę tego było, bo pani urodziła się w 1975 roku, ale po ponownym zapytaniu o październik 1956 przyznała się, że nie ma pojęcia. W tym momencie egzamin się skończył, pani wyszła z dwójką w indeksie i czeka ją poprawka.

   Jednak zaczęły mnie gnębić wątpliwości: czy to ja jestem tak wymagający, że żądam od studentów wiedzy wysoce specjalistycznej, czy też studentka była taka ciemna? Bo, trzeba dodać, pani ta studiuje nauki społeczne (resocjalizację i nauki polityczne) oraz jest zaangazowana politycznie na szczeblu jednej z warszawskich dzielnic. Zatem zakładam, że historia polityczna Polski powojennej powinna być jej jakoś znana. Skoro nie jest - znaczy, że się nie nauczyła. Ale postanowiłem jeszcze sprawdzić, jak jest z tą wiedzą historyczną studentów kierunku humanistycznego czołowego polskiego uniwersytetu.

   Jeszcze tego samego dnia w tym samym miejscu egzaminowałem z innego przedmiotu. I siedmiu, przypadkowo wybranym osobom pom zakończeniu egzaminu zadałem poza protokołem pytanie: "Co się wydarzyło w Polsce w październiku 1956 roku?". I siedmioro studentów studiów dziennych na Uniwersytecie Warszawskim deklarujących się jako humaniści zainteresowani problematyką społeczno - polityczną, którzy rok temu zdawali maturę nie potrafiło udzielić odpowiedzi. Jedna studentka, najbardziej widać rozgarnięta, stwierdziła, że to chyba wiąże się ze stalinizmem, ale nie jest w stanie nic więcej powiedzieć.

   Ja też nie byłem. Odjęło mi mowę. I do tej pory gnębi mnie wątpliwość: czy to ja jestem tak wymagający, czy edukacja w Polsce upadła tak nisko?

 
Lew Dawidowicz 2010-06-10 15:40
 Oceń wpis
   

   Przeciętny człowiek interesujący się historią i polityką traktuje Lwa Trockiego jako bohatera raczej pozytywnego. Nawet, jeśli przeszkadza mu jego żarliwy komunizm i udział w rewolucji październikowej, to z pewnością jako plus uznaje ideowość oraz prześladowania ze strony ZSRR jakich doświadczył przez ostatnich kilkanaście lat życia. Prześladowania zakończone udanym zamachem w Meksyku w sierpniu 1940 roku.

   Być może to zabójstwo jest największą przysługą, jaką Stalin wyświadczył swojemu wrogowi. Dzięki niemu Trocki przeszedł do historii jako krytyk i przeciwnik sowieckiego dyktatora, niestrudzenie atakujący stalinizm w epoce, w której wielu światłych ludzi Europy zachodniej pisało peany na jego cześć i uważało "Wujaszka Joe" za nadzieję całego świata. Trocki wyłamywał się z tego chóru pochlebców i już w latach 30. analizował stalinizm w sposób bardzo współczesny, wskazując na jego totalitarny i antyludzki wymiar, piętnując biurokrację podporządkowującą sobie obywateli w stopniu niespotykanym gdzie indziej i służącą interesom imperialnym. Teraz wszyscy (albo prawie wszyscy) to wiemy, ale 80 lat temu było to stanowisko nowatorskie.

   Ten pozytywny obraz Trockiego utrwalił się dość mocno, czego przykładem jest choćby film  "Frida", w którym Lew Dawidowicz pojawia się jako uroczy starszy dżentelmen tracący głowę dla młodej, pięknej i inteligentnej artystki. Obrazek tyleż miły co nieprawdziwy.

   Dmitrij Wołkogonow w swojej biografii "Trocki" pokazuje, że stereotyp antystalinowskiego rewolucjonisty, jaki związał się z tą postacią był prawdziwy tylko w niewielkim stopniu i przedstawia sylwetkę tego rosyjskiego komunisty w sposób bardzo wnikliwy ukazując wewnętrzne sprzeczności, niekonsekwencje, słabości. Naczelną tezą całej pracy (liczącej ponad 500 stron) jest twierdzenie, że różnica między Stalinem a Trockim w rzeczywistości była niewielka i dotyczyła głównie kwestii charakterologicznych, a nie programu politycznego. Wołkogonow przedstawia Trockiego jako  radykała, reprezentującego skrajnie lewicowy nurt rewolucji i atakującego Stalina za jego nadmierną centrowość. Nie jest to novum. Jednak dużo bardziej nowatorska jest teza o sztucznym charakterze tzw. "trockizmu", którego, zdaniem Wołkogonowa, praktycznie nie było. Twierdzi on, że w istocie Trocki miał poglądy bardzo bliskie leninowskim, zaś "trockizm" stał się terminem ukutym przez Stalina i jego ekipę w celu zdezawuowania rywala i zawłaszczenia tradycji Lenina. W tym ujęciu konflikt Stalin - Trocki jest przedstawiony jako starcie szczerze się nie znoszących leninistów, z których jeden jest mniej radykalny, a drugi bardziej.

   Co więcej, Wołkogonow twierdzi, że system stalinowski w ZSRR był w dużej mierze realizacją poglądów Trockiego, który już w 1917 roku wzywał do bezwzględności w walce z opozycją, popierał regulacje zabraniające dyskusji politycznych wewnątrz partii bolszewickiej, domagał się mordowania, lub ekspatriowania wrogów bolszewizmu, kolektywizacji, rozprawienia z kułactwem i NEP - manami, których postrzegał jako burżuazyjne pasożyty wyhodowane przez zbyt rynkową politykę gospodarczą początków lat 20. Co więcej - otwarcie popierał akcje wywiadu sowieckiego mordującego przywódców rosyjskiej opozycji na emigracji. Dopiero gdy przegrał starcie ze Stalinem i został usunięty z kraju zaczął doceniać swobody polityczne, wolność słowa i korzyści płynące z nieskrępowanej przemocą wymiany poglądów. Nie zmienia to jednak faktu, że pracowicie tworzył system, który go zniszczył. paradoks polega jedynie na tym, że tworząc go, był przekonany, że zawsze będzie stać na jego czele.

   W tym sensie biografia Wołkogonowa jest rozprawieniem się z mitem Trockiego - romantycznego rewolucjonisty, który przegrał starcie z ponurym katem - Stalinem. Trocki do czasu może był romantycznym rewolucjonistą, ale gdy doszedł do władzy sprawował ją nie mniej bezwzględnie od Stalina. A to, ze miał mniej krwi na rękach, niż jego przeciwnik wynikało nie z łagodności charakteru, co z przyczyn politycznych.

   Jednak po przeczytaniu tej biografii pozostaje pewien niedosyt. Wołkogonow właściwie pomija poody, dla których Trocki i Stalin weszli w tak bezwzględny konflikt i tłumaczy je praktycznie wyłącznie cechami osobowościowymi obydwu bolszewików, co jest, jak dla mnie, mało przekonujące. Poza tym brakowało mi też omówienia wątku jego roli w wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku, o której właściwie się w ogóle nie wspomina. Tym niemniej jest to rzeczywiście bardzo solidna monografia.

 
Katolicyzm na niby 2010-06-03 22:36
 Oceń wpis
   

   Boże Ciało uznane za jedno z najważniejszych świąt katolickich oraz mająca nastąpić wkrótce beatyfikacja ks. Jerzego Popiełuszki skłaniają do zastanowienia się nad polskim katolicyzmem, który jest, mówiąc delikatnie, dośc osobliwy.

   Niezwykłość ta wynika z ogromnego synkretyzmu religijnego składającego się na katolicyzm a la Polonaise. Tak, celowo użyłem słowa "synkretyzm", choć wiem, że może być ono uznane za niewlaściwe. Jednak z pełną odpowiedzialnością twierdzę, że najpopularniejsze w Polsce wyznanie religikne w praktyce jest synkretyzmem wielu religii wzbogaconym o indywidualne wyobrażenia odnośnie kwestii metafizycznych.

   Tylko tak można wyjaśnić, że około 1/3 osób deklarujących się w Polsce jako katolicy jednocześnie wierzy w reinkarnację. Podobny odsetek z przekonaniem twierdzi, że Trójca Święta to Pan Bóg, Matka Boska i Jezus Chrystus, a znacznie więcej uważa, że zwierzęta mają dusze. Być może są to dane porażąjące (zwłaszcza dla tych, którym kondycja polskiego katolicyzmu leży na sercu), jednak mnie bardziej dziwi fakt, że zaledwie tak niski odsetek zdeklarowanych katolików głosi takie herezje. Zwłaszcza biorąc pod uwagę postawę części księży.

   Ostatnio moja znajoma postanowiła ochrzcić swoją dwuletnią córkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że i ona i jej mąż (były, rozstali się) są ludźmi niewierzącymi i już po urodzeniu się dórki uznali, że chrzcić jej nie będą. Tymczasem po rozstaniu z mężem znajoma zmieniła zdanie. Nie dlatego, że przeżyła nawrócenie, ale dlatego, że nie do zniesienia była dla niej myśl, że jej córka nie dość, że będzie w szkole napiętnowana z powodu rozwodu rodziców, ale także dlatego, że w II klasie podstawówki nie pójdzie do I Komunii Świętej. Dlatego chrzest stał się palącą potrzebą.

   W parafii znajomej ksiądz okazał się światły i otwarty. Wysłuchał, dowiedział się, że dziecko po ochrzczeniu nie będzie wychowywane w duchu religijnym, że chodzi tu tylko o zachowanie pewnych pozorów i uniknięcie niezdrowego zainteresowania i zgodził się, że nie ma żadnego powodu aby odmówić sakramentu. Chrzest się odbył, znajoma gwoli formalności przyrzekła, że będzie wychowywać dziecko zgodnie z nauką kościoła, ksiądz przyjął tę formalnośc za dobrą monetę i poarafia wzbogaciła się o jedną duszyczkę. A że sprofanowano sakrament? Nie czepiajmy się szczegółów. Liczy się otwartość.

   Gdy komentuje się polski katolicyzm, często dzieli się go na ten światły i ludowy wiążąc tę opozycję z konfliktami ideowymi i politycznymi. Nie wiem, czy jest to trafny podział. Może warto byłoby zastąpić go innym: na katolicyzm na serio i na niby. Bo skoro w ogóle wierzymy, to chyba wtórną jest sprawą, czy piekło jest dla nas straszne z powodu beczek ze smołą, czy z powodu oderwania od Boga. Gorzej, jeśli nasz brak wiary otaczamy pustymi gestami i przechodzimy nad tym do porządku dziennego i kwitujemy to krótkim pytaniem "komu to szkodzi?" Bo wtedy nagle może się okazać, że w praktyce katolicyzm to luźna mieszanka tego, co się akurat podoba spojona marną grą pozorów.

 
 Oceń wpis
   

   Tydzień temu w trakcie kontroli policyjnej przeprowadzanej w Warszawie na targowisku przy dawnym stadionie X-lecia doszło do postrzelenia jednego z handlujących tam Nigeryjczyków przez funkcjonariusza policji. Afrykańczyk zmarł, co wywołało wielkie oburzenie wśród jego rodaków mieszkających w Polsce i doprowadziło do zorganizowania wczoraj manifestacji przeciw brutalności policji.

   Co tak naprawdę tam się stało - nie wiadomo i dopiero trwa dochodzenie. W każdym razie wersji wydarzeń jest kilka i nie zazdroszczę ludziom, którzy mają ustalić ich przebieg. Wiadomo jedynie, że człowiek nie żyje i został zastrzelony z broni policjanta. Poza tym same znaki zapytania. Nie wiadomo nawet, czy policja udzieliła pomocy postrzelonemu (jak utrzymuje), czy wręcz jej zakazała (wersja handlujacych), zaś karetka pogotowia miała jechać na miejsce tragedii od 3  (rzecznik pogotowia ratunkowego) do 45 minut (wersja jednej ze świadków).

   Te wątpliwości nie stanowią jednak problemu dla organizatorów wczorajszej manifestacji, którzy już w zeszłą niedzielę ustalili bezsporną wersję wydarzeń. Główni bohaterowie to sympatyczna i przyjazna społecznośc nigeryjska w Warszawie, Nigeryjczyk będący ideałem cnót wszelakich i brutalna i rasistowska policja. W trakcie niczym nie uzasadnionej akcji na bazarze policjanci zaczęli znęcać się nad jednym z Afrykańczyków (ewidentne rasistowskie tło policyjnej przemocy). Jego kolega, przyjaźnie nastawiony i szlachetny usiłował negocjować z brutalnymi policjantami. W trakcie rozmowy został z zimną krwią postrzelony. Następnie policjanci zakazali świadkom udzialania pomocy poszkodowanemu, skontaktowali się z pogotowiem, któremu nakazali najwolniejszy z możliwych przyjazd na miejsce wypadku a następnie sycili swoje oczy konaniem ofiary. Teraz powołana komisja ma za zadanie ukręcić sprawie łeb.

   Przyznam, że gdy słyszę takie wyjaśnienia, zastanawiam się, dlaczego ludzie inteligentni (a tacy są organizatorzy wczorajszej manifestacji) nie mają w sobie krzty krytycyzmu wobec uruchamiania schematu "Brutalna policja". Dlaczego nie przyjmują, że przebieg wydarzeń nie musiał być tak prosty z jasnym podziałem na role. O brutalności policji w Polsce mówi się od dawna i chyba weszło to już do dobrego tonu, ale konia z rzędem temu, kto wskaże, kiedy ta brutalnośc sie ujawniła. W Słupsku 10 lat temu? Częściej słyszymy o policjantach zasztyletowanych przez huliganów, albo zaatakowanych przez przestępców. Najwyraźniej oni też nie mogą ścierpieć brutalności funkcjonariuszy.

   A być może i tak, że wszyscy chcemy tego typu historyjek, bo podsuwają nam one wygodny obraz świata? Jedni wierzą w brutalnych rasistów w policyjnych mundurach, którzy zabijają imigrantów, inni w Rosjan dobijających rannych w katastrofie samolotu. I fakty nie mają tu nic do rzeczy, zwłaszcza jeśli przeczą schematom. Tym gorzej dla nich.

 
Cytaty 2010-05-28 15:09
 Oceń wpis
   

   Poranne wydania serwisów informacyjnych przynoszą kolejną szokująca informację o Silvio Berlusconim (czy cokolwiek w jego wykonaniu może jednak jeszcze szokować?): "Berlusconi cytuje faszystę!" - http://m.gazeta.pl/mobile/wiadomosci/1,80277,7945767,Berlusconi_cytuje_Mussoliniego___polityczna_burza.html

  I z miejsca pojawiają się komentarze o kolejnej gafie, niestosowności, nawiązywaniu do złych wydarzeń z historii Włoch itp. Ciekaw jestem czy włoskiemu premierowi nie zarzuci się  słabo maskowanego faszyzmu, zaś Stowarzyszenie "Nigdy Więcej" nie zacznie nawoływać do europejskiego bojkotu Włoch jako kraju ogarniętego "brunatną falą".

   To, że Berlusconi jest królem (premierem) głupich wystąpień, nie jest niczym nowym. Zdążył do tego wszystkich przyzwyczaić, co jednak nie przeszkadza mu cieszyć się w swoim kraju sporą popularnością. Inną jednak rzeczą jest, że te wyrazy oburzenia są przejawem fobii szczególnie silnej w światowych mediach. Fobii antyfaszystowskiej objawiającej się obsesyjnym odżegnywaniem od faszyzmu i tropieniem tych, którzy mogą mieć z nim coś wspólnego.

   Tym bardziej że, jeśli spojrzeć na cytat, jaki przywołał Berlusconi, to jest on w zasadzie zupełnie niewinny i odnosi się do ograniczonej władzy premiera uzależnionego od dygnitarzy. Nie ma w nim nic "faszystowskiego", niezależnie co by ten przymiotnik miał oznaczać, a jest sporo zdrowego rozsądku. Tego jednak najwyraźniej zabrakło oponentom Berlusconiego załamującym ręce nad tak ewidentnym nawiązaniem do mrocznej przeszłości.

   Tymczasem, patrząc na sprawę z dystansu, fakt politycznej przynależności Mussoliniego (albo innego dyktatora) wcale nie oznacza, iż był on pozbawiony umiejętności trzeźwego oglądu rzeczywistości. Ba, to, że został dyktatorem może być wręcz dowodem przeciwko temu. I, podobnie jak inni, nawet najbardziej totalitarni dyktatorzy, odcisnął się w historii świata na tyle, że nie ma powodu nie cytowania go. Zresztą, czemu mielibyśmy go traktować gorzej, niż Stalina ("Śmierć jednostki to tragedia, śmierć milionów to statystyka"), Lenina ("Kto kogo?", "Socjalizm to władza radziecka plus elektryfikacja", "Kino - najważniejsza ze sztuk"), Goebbelsa ("Kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się prawdą") czy Baldura von Schirach ("Gdy słyszę słowo 'kultura' sięgam po rewolwer")? Ctujmy go, ale nie kopiujmy wszystkich jego pomysłów. I nic złego się nie stanie.

 
Budujemy mosty 2010-01-07 22:03
 Oceń wpis
   

   Wszystko wskazuje na to, że być może już niedługo łatwiej będzie budować w Polsce mosty. Jeśli zapowiadane przez Platformę Obywatelską zmiany w ustawach wejdą w życie, polscy specjaliści będą mieli nowe pole do popisu. Nie chodzi przy tym o przeprawy przez rzeki, bo z tymi chyba nadal będzie tak sobie, ale mosty pomiędzy dniami wolnymi umożliwiające przy sprzyjającym układzie kalendarza, tworzenie wcale długich urlopów przy wykorzystaniu małej liczby przysługujących dni wolnych.

   Wczoraj okazało że PO już nie odrzuca pomysłu "powrotu trzech króli" i ustanowienia 6 I dniem wolnym od pracy, dziś, w porannym wywiadzie w radiu PIN poseł Szejnfeld bardzo zadowolony z siebie (podziwiam to - on zawsze jest zadowolony, jowialny i roześmiany) tłumaczył, że wprowadzenie tego dnia wolnego przy jednoczesnym zlikwidowaniu zasady "odbierania" przez pracowników dnia wolnego, o ile wypada on w sobotę, pozwoli "zjeść ciastko i mieć ciastko" - już po kilku latach ilość dni wolnych w roku się wyrówna i gospodarka nie odczuje negatywnych skutków tej zmiany. Nawiasem mówiąc poseł Szejnfeld ma kiepską pamięć, bo twierdził, że pomysł tych zmian narodził się w klubie PO, ale moja pamięć mi mówi, że o tym rozwiązaniu rok temu wspominał prezydent Kropiwnicki. No, ale kto wie, może on coś skopiował i podkradł klubowi PO?

   Wiara zwolenników wolnego 6 I jest godna zazdrości. I to nie tyle wiara religijna, ile wiara w prostolinijnośc Polaków, którzy wezmą tylko tyle wolnego, ile im sejm łaskawie przyznać raczy. Ale może nie jest to wiara, ale oderwanie od mas? W końcu po spędzeniu kilku (a czasem i kilkunastu) lat w sejmie łatwo się zapomina o specyfice pracy na etacie przez 5 dni w tygodniu i różnych sposobach maksymalizacji czasu wolnego. Palmę pierwszeństwa w tym zapomnieniu dzierży sam prezydent Kropiwnicki, który wczoraj dał dzień wolny swoim pracownikom, w zamian przez kilka tygodni będą codziennie siedzieć w pracy 15 minut dłużej. Przepraszam bardzo - kto będzie na tyle naiwny, by uwierzyć, że 15-minutowe przedłużenie dnia pracy będzie miało jakieś znaczenie? Chyba tylko Jerzy Kropiwnicki. I tak wiadomo, że do większości urzędów publicznych nie przychodzi się już na pół godziny przed zamknięciem, bo dla zatrudnionych tam godzina końca pracy nie oznacza zakończenia czynności służbowych, ale moment wyjścia do domu. A to jest pewna różnica.

   Ale wróćmy do mostów. Doświadczenia z majowym długim weekendem pokazują od kilkunastu lat, że budowanie mostów pomiędzy bliskimi sobie dniami wolnymi jest narodowym sportem Polaków. W końcu jeśli dni świąteczne dobrze się ustawią, to w praktyce można wyciąć sobie 9 dni urlopu na przełomie kwietnia i maja. Więc nagle dwa dni świąteczne okazują się pięcioma wolnymi (weekendów nie liczę) i nawet jeśli nie robią tego wszyscy, to i tak jest to na tyle powszechne, że wiadomo, że początek maja w naszym kraju to na ogół kanikuła i niczego ważnego się wtedy nie zrobi. Podobna sytuacja jest z końcówką roku - 25 i 26 grudnia, a tydzień później 1 stycznia. Dodatkowo wiadomo, że 24 i 31 XII, choć formalnie powszednie, są dniami, w których praca bynajmniej nie wre.

   I w tym momencie pojawia się wolny 6 I. Cóż to za wspaniałą okazja do nowego mostu. Załóżmy, że 24 XII wypada w środę - między wigilią a trzema królami mamy 5 dni roboczych (29, 30, 31 XII, 2 i 5 I). Ale przecież... - Sylwester na pół gwizdka, a drugiego stycznia, kto przyjdzie do roboty? Więc wykorzystując 5 dni urlopu, robimy sobie dwa tygodnie wolnego. A co śmielsi mogą łączyć weekend przedświąteczny (20 - 21 XII) ze świętami, albo ten po trzech królach (10 i 11 I) z 6 I. Albo i jeden i drugi wycinając sobie trzy tygodnie laby. Tyz piyknie.

   Nie ma w tym nic nagannego - jeśli ktoś ma taką możliwość, niech z niej korzysta i niech mu to wyjdzie na zdrowie. Ale niech miłośnicy Kacpra, Melchiora i Baltazara nie opowiadają, że to tylko jeden dzień, który można spokojnie odzskać w inny sposób. Ten jeden może się odzyska, ale co z resztą mostu?

 
Prezentologia stosowana 2009-12-20 21:31
 Oceń wpis
   

   Za cztery dni w rodzinnych gronach oddamy się ogólnopolskiej pasji dawania i otwierania prezentów. Ten obyczaj jest na tyle silny, że teraz, nie bacząc na pogodę i liczne inne obowiązki spędzamy godziny w centrach handlowych, sklepach internetowych, gryziemy palce myśląc o tym, czy poczta zdąży na czas z dosłaniem kupionego prezentu. W końcu dopada nas zniechęcenie (tak, tak, znam to z doświadczenia) i zadajemy sobie pytanie zasadnicze: po co to wszystko?

   Otóż to: po co to wszystko? To pytanie nie jest wcale banalne i było już wielokrotnie stawiane przez antropologów badających wymiany prezentów. I wnioski nie są wcale pocieszające dla nieprzyjaciół tego obyczaju - prezenty są potrzebne. Nie tylko nam, jako ich dawcom i odbiorcom, ale także społeczeństwu jako całości. Problem w tym, że trzeba wiedzieć, na co zwracać uwagę i ten wpis ma na to uczulić PT Czytelników.

   Istnieją trzy kluczowe sprawy odgrywające zasadniczą rolę w wymianie darów: 1. wzajemność, 2. ocena wartości, 3. relacje osobiste. Omówię je po kolei:

   1. Podczas wymiany prezentów zasadniczą sprawą jest reguła wzajemności - nie robimy prezentów komuś, kto nigdy nam ich nie zrobił i są małe szanse, że kiedykolwiek zrobi. Wymiana ta musi być w równowadze - jeśli ja coś komuś daję, muszę mieć pewność, że on mi się zrewanżuje. Nawet jeśli miałoby to być odsunięte w czasie, nawet o rok. Dając komuś prezent, robimy z niego kogoś w rodzaju dłużnika i jeśli on tego długu nie spłaci odwzajemniając nasz dar, możemy zakładać, że zostaliśmy oszukani i nie mamy wobec niego żadnych zobowiązań (choć są w tym przypadku wyjątki - o tym później).

   2. Wymiana prezentów to nie wymiana handlowa - nie możemy posługiwać się pieniądzem w ocenie wartości daru, lecz musimy polegać na obopólnej zgodzie co do wartości wymienianych darów. Z tego powodu zostawianie metki z ceną na prezencie to po prostu obciach podobny nieodwzajemnieniu. Z tą zgodą jest największy problem, bo, jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i w praktyce wszystko sprowadza się do cichego porównania cen. Ale oczywiście jest to procedura tajna.

   3. Z kwestią wartości wiąże się inny problem. Wartość prezentu to nie wyłącznie cena, jaką za niego zapłacono. Bo jak wycenić prezent, który dokładnie trafia w nasze oczekiwania, zainteresowania czy hobby? Aby go kupić, trzeba wykazać się znajomością charakteru obdarowanego. To jest dodatkową wartością daru, której nie da się przełożyć na wymierne pieniądze. Dlatego właśnie możemy się bardzo cieszyć jakimś drobiazgiem, który dobrze pasuje do naszych zaintersowań, nawet jeśli nie jest szczególnie cenny. Wynika to stąd, że prezenty mają nawiązywać relacje osobiste między darczyńcą a obdarowanym. Niektóre ludy pozaeuropejskie uważają, że prezent zawiera cząstkę duszy darczyńcy (i dlatego nie można go sprzedawać, ani oddawać, bo w ten sposób cząstka ta może wpaść w niepowołane ręce!) i to ona odpowiada za szczególne osobiste znaczenie daru. Tak czy inaczej, aby kupić odpowiedni prezent odpowiedniej osobie, należy wykazać się jakąś wiedzą na jej temat. Tym samym potwierdzamy szczególne związki nas łaczące. No właśnie. Szczególne związki. One mają dwa oblicza. Mogą być to związki między równymi partnerami (i stąd kwestia zbliżonych wartości wymienianych darów), a mogą być to związki między patronem a klientem (w takim przypadku wartość wymienianych darów jest systematycznie nierówna). W pierwszym wypadku dary są podstawą więzi przyjacielskiej, w drugim - podporządkowania jednych ludzi innym (nie bez powodu Eskimosi odmawiali przyjmowania prezentów mówiąc, że prezenty wychowują niewolnika tak, jak baty psa). W tym drugim przypadku, gdy otrzymujemy prezent przekraczający nasze możliwości rewanżu możemy to odebrać jako wyraźną zachętę do zrewanżowania się darczyńcy w inny sposób. Na przykład jakąś przysługą. I tym samym potwierdzamy naszą podległość i uzależnienie od "hojnego przyjaciela" . To ostatnie jest tym bardziej prawdopodobne, jeśli jesteśmy radnymi, posłami czy urzędnikami w ministerstwie :)

   Dlatego przy okazji świąt życzę Państwu prezentów wyłącznie od przyjaciół, a nie spryciarzy liczących na uczynienie z Państwa własnych klientów.

 
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 |

Sponsorzy
 
 




Najnowsze komentarze
 
2011-03-10 12:57
kredyty konsolidacyjne do wpisu:
Kopiuj - wklej
Powinni sprawdzać czy tekst jest oryginalny.
 
2010-06-25 10:05
vox16 do wpisu:
Katolicyzm na niby
A może myśli też, już o pogrzebie !
 
2010-06-07 16:32
_CZ_ do wpisu:
Katolicyzm na niby
Katolicyzm daje człowiekowi wolność. Inne nie - czyli np. protestanci ?? chrześcijanie to nie[...]
 
2010-06-05 17:29
infolinka do wpisu:
Katolicyzm na niby
Spróbujmy spytać, dlaczego rodzice zmuszają dzieci by chodziły na lekcje religii? Większość[...]
 
2010-06-05 13:13
Wapniak/b/ do wpisu:
Katolicyzm na niby
Na tym /nie tylko/ polega ta słynna na cały świat; polska głupota... Głupoli nie sieją....
 
2010-06-05 11:30
Mrn do wpisu:
Katolicyzm na niby
Powiem więcej: znaczny odsetek Polaków (trudno ocenić, ale z pewnością większość) używa[...]
 
2010-06-04 23:17
Katoliczka do wpisu:
Katolicyzm na niby
Problem w tym, że jak u nas w Parafii ksiądz odmówił sakramentu bierzmowania kilku wyrostkom to[...]
 
2010-06-04 19:14
Jurgi do wpisu:
Katolicyzm na niby
Gdyby w społeczeństwie naprawdę była ta „otwartość”, to nie byłoby powodu to[...]
 
2010-06-04 17:12
wolny człowiek do wpisu:
Katolicyzm na niby
Mam koleżankę. Katoliczka że za wiarę dałaby się posiekać. Msze, modlitwy, pielgrzymki to stały[...]
 
2010-06-04 15:52
d`Annunzio do wpisu:
Katolicyzm na niby
Przymus przymusem, to nic nowego. Problemem jest raczej nie to, że "zwykli" ludzie mają takie[...]
 




Kategorie Bloga
 
Ogólne